Patronem dzisiejszej notki będzie Bos grunniens, zwany potocznie jakiem - stworzenie do bólu miłe, sympatyczne i uczynne.

Jak zwany mądrze Bos grunniens

Pragnę, zapewne ku radości niektórych osób, oświadczyć, iż moje błogosławieństwo dla akcji Free Tibet wygasa z dniem dzisiejszym. Uważni fani sidebara na moim blogu niewątpliwie już zauważyli, że tajemnicze logo Free Tibet o kolorze szkarłatnej hipokryzji zostało zastąpione jeszcze bardziej tajemniczym A (też szkarłat, ale szczery!) i tak już pozostanie.

Powód zmiany zdania jest prosty - pomyślałem. A konkretnie to najpierw uderzyło mnie, z pędem godnym 11-tonowego TIRa o szybkości 114 km/h (fizycy, doceńcie prawidłowość określeń!), że zachowałem się konformistycznie i ogólnie fuj w stosunku do tej akcji. Przyznaję się - poparłem ją, zanim ją przemyślałem. Ale teraz jestem sprytniejszy.

Nie żebym nie popierał niepodległościowych dążeń Tybetańczyków! Popieram je absolutnie! Niechaj pasają swoje jaki (niechaj im futro rośnie w tempie ludzkich paznokci) w pokoju i powszechnej szczęśliwości. Jestem także, naturalnie, przeciwny łamaniu praw człowieka, które, ciekawostka, odbywa się na terenie całych Chin (i w sumie połowy Azji, z Koreą Północną na czele), a nie tylko w Tybecie, oraz nie dotyczy jaków. Problem leży w naiwności, żeby nie powiedzieć dziecinadzie, Free Tibet.

Jako porównanie nasuwa mi się pstrykający ze łzami w oczętach Bono i cała reszta akcji-koncertu Live 8. Czemu to służyło? Ano organizatorzy byli pewni, że rządzący tym światem ludzie nie zdają sobie sprawy z tego jak bardzo resztę świata oburza problem biedy w Afryce. Takoż wstrząsnęli światem i pochłonęli 3/4 dochodów z koncertu. Wzruszające. Jestem pewien że przywódcy G8 przez tydzień nie mogli zasnąć martwiąc się nowo odkrytym problemem Afryki.

Trudno mi powiedzieć czy ktokolwiek w Afryce poczuł się lepiej po Live 8, ale szczerze wątpię (chętnie zamieszczę sprostowanie na życzenie jakiegoś wzruszonego Afrykańczyka). A jak działa Free Tibet? Przysięgam, przejrzałem całą stronę i znalazłem tylko luźne fragmenty typu:

Przypnij pomarańczową wstążkę. To nawet nie musi być wstążka, ale cokolwiek. Jednak pamiętaj o tym kolorze. Pomarańczowy to kolor osób walczących o prawa człowieka w Chinach, kolor szat buddyjskich i wreszcie kolor solidarności z Tybetem

Oraz manifest. Tak, jest manifest, w skrócie mówiący "Krzyczmy! Piszmy! Naklejajmy nalepki! Bądźmy ziarnkiem piasku które poruszy lawinę!". Czy naprawdę istnieją jakiekolwiek szanse powodzenia?

Otóż obrońcy akcji twierdzą, że to nie ma żadnego znaczenia. Argumentem za tym, że ta akcja wcale nie musi mieć szans powodzenia, jest obrona ludzkiego życia. Stosują oni stary, erystyczny trik, opisany przez Schopenhauera, zakładając, iż ludzkie życie jest argumentem nadrzędnym w każdej dyskusji. To przypomina... Tak, tak! Niesamowitą siłę poglądów religijnych, które wedle przytłaczającej masy społeczeństwa mają coś wyższego nad innymi poglądami - nie można ich kwestionować, obrażać ani rozsądnie argumentować przeciwko ich sensowi. Bo nie. Nie wiem jak was, ale moją znajomą społeczność jaków oburza to niezmiernie.

A ja twierdzę że wszelkie działanie powinno dążyć do osiągalnego celu. Jaki jest cel tej akcji? Nie jest to pomoc Tybetowi w każdym razie. To już ustaliłem. Celem akcji jest zwrócenie uwagi "potężniejszych", którzy mogą pomóc naprawdę. Tylko czy my naprawdę widzimy więcej od tych "potężniejszych"? I czy naprawdę to, że kilkuset blogerów (i tak pewnie znacznie zawyżyłem tę liczbę) zbojkotuje olimpiadę cokolwiek zmieni? Albo internetowa petycja? Ale fajnie jest mieć wspólnego wroga. Fajnie jest być tłumem. Fajnie jest zaspokajać swoje sumienie przy absolutnym braku kosztów. Stanął mi przed oczami znajomy metal który na swojej wypasionej kostce przyczepił (zapewne za pomocą wielokrotnie używanej gumy do żucia) buttona z hasłem "NIE GŁODOWI W AFRYCE!". Dziękuję w imieniu całej Afryki.

A na deser jak poleca hydrauliczny akcent humorystyczny, czyli empiryczny dowód na zabawność akcji.